Tort dla dziecka. Dylematy rodzicielskie

Jaki tort dla dziecka?

Kiedy myślisz o torcie dla dziecka, pierwsza myśl pada zapewne na tort w stylu angielskim. Finezyjny, kształtny, ulepiony niczym z plasteliny. Jednym słowem – doskonale zestrojony z wyobraźnią brzdąców. Czasem odnoszę wrażenie, że te gumowate arcydzieła zdominowały wręcz myślenie o dziecięcych przyjęciach urodzinowych. Czy słusznie? To już druga sprawa. Jedno jest pewne: raz do roku fakt posiadania dziecka stawia nas przed ciężkim dylematem: jaki tort wybrać?

W morzu inspiracji

Faktem jednak jest, że zakup pakietu z nazwą „dzieci” aktywizuje u rodziców (przynajmniej niektórych) pokłady kreacji, które to z kolei skłaniają ich do odwiecznego poszukiwania czegoś odlotowego. Nie łudźmy się jednak, że dzieci pozostawią nam duży zakres swobody. Nie, nie, nie. To bardzo wymagający klienci, mający swoje oczekiwania, które często wydają się wręcz nierealne w realizacji. Zdarzyć się może jednak i tak, że nasze dalekosiężne aspiracje twórcze zostają brutalnie zastopowane. Jeśli córcia lub synek rozkochana/y jest w, dajmy na to, ślimakach, nie ma wyjścia. Choćbyś chciał/chciała wyrzeźbić tortową królewnę/królewicza, i tak siedzisz, i lepisz ślimaka. No bo przecież urodziny. No bo ma być uśmiech, a nie foch. No bo to nasz skarb i raz do roku trzeba spełnić malutkie marzenie. Najważniejsze w tym całym kołowrotku okołourodzinowym jest to, żeby podążać za dziecięcymi fantazjami.

Dać na luz?

Naturalnie można kupić gotowca. Na chłopski rozum, kto by się w dzisiejszych czasach wyginał, ślęczał nad jakąś mamałygą i niczym Michał Anioł rzeźbił w niej jakieś dziwadła. Jeśli już chcemy wznieść się ponad przeciętność, możemy względnie skonstruować zwykły tradycyjny okrąglak, wbić kolorową świeczkę i na tym koniec. Tak czy owak drugie wyjście zasługuje już na oklaski. W końcu na własne ryzyko wchodzimy w rolę cukiernika i budowlańca, który musi ów obiekt poskładać w mniejszą bądź większą wieżę i czymś ją jeszcze w odpowiedni sposób scementować.

Tort dla dziecka – TOP 10

Ale do rzeczy. Te kilka lat doświadczenia w maniakalnym wręcz zaspokajaniu fantazji dziecięcych zaowocowały pewnymi refleksjami na ten temat. Po przerzuceniu kilkuset stron internetowych w poszukiwaniu inspiracji powstała nawet lista wypieków, które cieszą oko dzieci małych i tych większych w sile wieku 😉 Ażeby innym biedakom naszego pokroju oszczędzić straty czasu i mozolnego grzebania w morzu zdjęć i witryn internetowych, publikujemy nasze małe zestawienie (link).

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Skomentuj

4 Replies to “Tort dla dziecka. Dylematy rodzicielskie”

  1. Małgosia Ostrowska says: Odpowiedz

    Ok co roku mam ten sam problem. W tym roku zapewne tort będzie z myszką Miki. Wybór na rynku jest ogromny. Ale mam zamiar go zrobić sama.

    1. no to trzymam kciuki za kulinarne zmagania 🙂

  2. Ja myśląc o torcie na urodziny myślę najpierw o tym ile chemii jest w tym co mamy w cukierniach :/ Na prawdę, to pierwsze co mi przychodzi na myśl, może dlatego, ze żywo interesuję się tym co jemy i jak to na nas wpływa. I dlatego kilka lat temu nauczyłam się robić torty samodzielnie. Nawet na urodziny dla 9 latki na które zaprasza koleżanki też robię sama tort. Może nie jest tak kolorowy, tak z Krainy Lody czy innej Soy Luny. Ale ja nie mam przynajmniej wyrzutów sumienia, że karmię dzieci tymi szkodliwymi masami, spulchniaczami i strasznymi polewami. A koleżanki córki jak reagują na taki niebajkowy tort … cóż, chyba zaczynają się już przyzwyczajać 🙂

    1. Zdecydowanie masz rację. Poza tym zapewniam Cię, że taki niebajkowy tort smakuje megabajkowo! Jest zdrowy, o ile robimy go od „stóp do głów”, bez np. kremu w proszku i innych popularnych ułatwiaczy. No a przede wszystkim czuć w nim serce włożone w całą tę naprawdę niełatwą robotę. Mnie udało się każde urodziny moich Zacieszków ukoronować ciastem całkowicie wykonanym przeze mnie. Co prawda efekt finalny niewiele defektów zdradzał, ale w zasadzie za każdym razem były wpadki mniejsze i znacznie większe (włącznie z wkręceniem szklanki między końcówki miksera… Sprawka mojego Zacieszka…). Niemal za każdym razem klnę się, że to ostatni raz ślęczenia po nocach nad układaniem „arcydzieła” i za każdym razem ślęczę od nowa. Życie matki po prostu 🙂 Pozdrawiam

Dodaj komentarz